W związku z tym, że BXVI powiedział nara, wszyscy czekają na dym. I wierzący i niewierzący komentują te wydarzenia na swój sposób.
Oczywiście zawsze jakaś mądrość wypływa przy takich okazjach z ust gorliwych katolików. Tym razem w programie Fakty po faktach (polecam od 10 minuty) Marek Jurek (patrz. gdyby ktoś nie znał dobrodzieja ) kolejny raz oślepił i ogłuszył mnie swoimi poglądami, niczym grzyb atomowy.
Wreszcie zrozumiałam swoją rolę,
na tym ziemskim łez padole!
Bez celu stąpa po nim moja noga,
Już i tak nie porodzę Boga!
Amen!
środa, 13 marca 2013
Nie mogłam się oprzeć!
Przyszło nam żyć w czasach, kiedy zalewani jesteśmy zewsząd przepisami na kolejne cud potrawy, okraszone artystycznymi fociami.
Kaszotta, pęczotta, ryżotta. Radosne krówki dające mleczko na szczęśliwe sery. Ziarno mielone w żarnach, w promieniach słońca, a w kącie obserwuje wszystko pajączek. Zapewne równie euforycznie ustosunkowany do życia, jak krówki i sery. Wszystko w cudnych naczynkach, z których każde ma swoją "niebanalną" historię. Jedno przyjechało z Londynu. Inne z pchlego targu, którego na pewno nikt, poza natchnioną blogerką, nie zna.
Każdy przepis nie jest jedynie przepisem. Jest swoistego rodzaju analizą strukturalną autorki. Rozkładaniem zwykłego dnia na czynniki pierwsze i budowaniem z nich na nowo dnia niezwykłego, tajemniczego, metafizycznego. Dnia, którego zwykły śmiertelnik nie jest godzien przeżyć. Tego zaszczytu dostąpić mogą jedynie jednostki wybitne, uduchowione, dotknięte bożym palcem.
Na koniec takiego grafomańskiego wywodu kulinarno-filozoficznego, będącego dla mnie istną torturą średniowieczną, czymś na kształt łamania na kole, sypią się niczym łupież, lajki. Cudnie, pycha, wow, oh, eh, ah, spróbuję, wspaniale.
Bywa, że między zachwyty czasami wkrada się głos zdrowego rozsądku, powszechnie przez uduchowione blogerki zwany hejterstwem. Ooo nie!!! Giń siło nieczysta!!!
Spokojnie i z czystym sumieniem mogę dołączyć to tej hejterskiej mniejszości. Dla mnie i niewielu takich jak ja, liczy się przepis, smak, efekt. Nie intereują mnie ptaki, które latały nad pobliskim jeziorem, jako wstęp do pierogów. Ba! Dorzucę nawet przepisik na matkową pomidorową zupę krem, która wzmacni ciało i więzi.
Matkowa ekspresowa pomidorowa zupa krem wzmacniająca ciało i więzi
Smacznego Moje Najdroższe Cukiereczki...tse tse tse!
Kaszotta, pęczotta, ryżotta. Radosne krówki dające mleczko na szczęśliwe sery. Ziarno mielone w żarnach, w promieniach słońca, a w kącie obserwuje wszystko pajączek. Zapewne równie euforycznie ustosunkowany do życia, jak krówki i sery. Wszystko w cudnych naczynkach, z których każde ma swoją "niebanalną" historię. Jedno przyjechało z Londynu. Inne z pchlego targu, którego na pewno nikt, poza natchnioną blogerką, nie zna.
Każdy przepis nie jest jedynie przepisem. Jest swoistego rodzaju analizą strukturalną autorki. Rozkładaniem zwykłego dnia na czynniki pierwsze i budowaniem z nich na nowo dnia niezwykłego, tajemniczego, metafizycznego. Dnia, którego zwykły śmiertelnik nie jest godzien przeżyć. Tego zaszczytu dostąpić mogą jedynie jednostki wybitne, uduchowione, dotknięte bożym palcem.
Na koniec takiego grafomańskiego wywodu kulinarno-filozoficznego, będącego dla mnie istną torturą średniowieczną, czymś na kształt łamania na kole, sypią się niczym łupież, lajki. Cudnie, pycha, wow, oh, eh, ah, spróbuję, wspaniale.
Bywa, że między zachwyty czasami wkrada się głos zdrowego rozsądku, powszechnie przez uduchowione blogerki zwany hejterstwem. Ooo nie!!! Giń siło nieczysta!!!
Spokojnie i z czystym sumieniem mogę dołączyć to tej hejterskiej mniejszości. Dla mnie i niewielu takich jak ja, liczy się przepis, smak, efekt. Nie intereują mnie ptaki, które latały nad pobliskim jeziorem, jako wstęp do pierogów. Ba! Dorzucę nawet przepisik na matkową pomidorową zupę krem, która wzmacni ciało i więzi.
Matkowa ekspresowa pomidorowa zupa krem wzmacniająca ciało i więzi
- Przywieź od babci, mamy, teściowej, przyjaciółki (najlepiej znanej i z zagranicy) domowej roboty sok pomidorowy. Każda z nich będzie zadowolona, że ubędzie słoików z piwnicy, bo kto wypije 40 słoików soku pomidorowego.
- Będzie idealnie, jeśli ten sok wcześniej przygotowałyście razem, w ramach zacieśniania relacji. Same zbierałyście pomidory z krzaków i obsiadały was muchy w tunelu. Nie ważne, że matka zawsze wie lepiej, teściowa doprowadza Cię do stanu przedzawałowego, a z przyjaciółką wolisz się napić wina i przegadać całą noc.
- Wlej 1l soku do gara. Zagotuj. Dopraw do smaku solą, świeżo zmielonym pieprzem i świeżą bazylią.
- Dodaj obranego ziemniaka lub nawet dwa. Gotuj, aż będą miekkie.
- Wszystko zblenduj, zmiksuj, zmalakseruj.
- Wlej gorący krem do miseczki.
- Wrzuć kilka kostek twardego sera greckiego.
- Na wierzch walnij listek bazylii.
- Cyknij instagramem focisza.
Smacznego Moje Najdroższe Cukiereczki...tse tse tse!
wtorek, 5 marca 2013
Wysypka wiosenna
Wypełzły na powierzchnie. Już są. Widoczne, chociaż szare i nijakie. Wystarczy, że zrobiło się ładniej, cieplej, słonecznie. Korki na chodnikach. Idą pojedynczo i parami. W zastraszająco szybkim tempie tworzą grupy skoncentrowane na ławkach, przy placach zabaw.
Mam wrażenie, że emitują infradźwięki. Pojawia się jedna i za chwilę nadciągają kolejne. Przez krótką chwilę badają teren. Wyciągają telefony komórkowe, bo akurat teraz naszła je chęć na trajkotanie. Wypływa z ich ust papka zbita ze słów kupiłam, ugotowałam, a Marysia powiedziała, mo właśnie podła, no nie zrobił i musiałam znowu sama, wpadnę na kawkę kochanieńka,pewnie że wpadnę ... W między czasie krzyczą uważaj, nie zabieraj, nie słoneczko,to nie do ciebie,oddaj chłopcu foremkę ... Już po chwili łączą się i paplają, że tak ładnie na dworze, bo ostatnie dwa tygodnie jedna siedziała z chorym w domu, a druga to prawie trzy i jeszcze ona chora była, a ten piach to kiedy wymienią, bo jak jedna była w ciąży, to wtedy wymieniali, a Jaś już prawie półtora roku ma i ona to chciała rodzić naturalnie, bez znieczulenia ale poród był kosmicznie trudny. Aha, aha... ja to chciałam karmić ale nie miałam pokarmu. Eeeee, uuuuu nie możesz nie mieć mleka. Każda ma. Nie chciałaś karmić, bo ja to nie mogłam ale wiesz kosmiczny poród.
Tak to trwa, aż nadejdzie pora obiadu, pozbycia się kupy zwalonej w pieluchę lub zmiany grupy na tę, która akurat obserwuje sąsiadów.
Zwrot akcji. Kluczowy moment dnia. Wtedy wspinają się na wyżyny.
Jestem socjopatką. Nie chcę i nie umiem. Nie umiem i nie chcę nawiązywać z tym gatunkiem jakichkolwiek relacji. Klepać o czyimś bajzlu, skoro swojego mam po kokardę. Licytacji, która lepszą w stadzie jest.
Wymiotuję wewnętrznie. Oddalam się od stada, niczym wyleniała i kulawa owca. Pewnie powiedzą, że to moje nasypało piachu na bujaczke.
A ja Was mam na focie matki! He he he, tse tse tse;)
Mam wrażenie, że emitują infradźwięki. Pojawia się jedna i za chwilę nadciągają kolejne. Przez krótką chwilę badają teren. Wyciągają telefony komórkowe, bo akurat teraz naszła je chęć na trajkotanie. Wypływa z ich ust papka zbita ze słów kupiłam, ugotowałam, a Marysia powiedziała, mo właśnie podła, no nie zrobił i musiałam znowu sama, wpadnę na kawkę kochanieńka,pewnie że wpadnę ... W między czasie krzyczą uważaj, nie zabieraj, nie słoneczko,to nie do ciebie,oddaj chłopcu foremkę ... Już po chwili łączą się i paplają, że tak ładnie na dworze, bo ostatnie dwa tygodnie jedna siedziała z chorym w domu, a druga to prawie trzy i jeszcze ona chora była, a ten piach to kiedy wymienią, bo jak jedna była w ciąży, to wtedy wymieniali, a Jaś już prawie półtora roku ma i ona to chciała rodzić naturalnie, bez znieczulenia ale poród był kosmicznie trudny. Aha, aha... ja to chciałam karmić ale nie miałam pokarmu. Eeeee, uuuuu nie możesz nie mieć mleka. Każda ma. Nie chciałaś karmić, bo ja to nie mogłam ale wiesz kosmiczny poród.
Tak to trwa, aż nadejdzie pora obiadu, pozbycia się kupy zwalonej w pieluchę lub zmiany grupy na tę, która akurat obserwuje sąsiadów.
Zwrot akcji. Kluczowy moment dnia. Wtedy wspinają się na wyżyny.
Jestem socjopatką. Nie chcę i nie umiem. Nie umiem i nie chcę nawiązywać z tym gatunkiem jakichkolwiek relacji. Klepać o czyimś bajzlu, skoro swojego mam po kokardę. Licytacji, która lepszą w stadzie jest.
Wymiotuję wewnętrznie. Oddalam się od stada, niczym wyleniała i kulawa owca. Pewnie powiedzą, że to moje nasypało piachu na bujaczke.
A ja Was mam na focie matki! He he he, tse tse tse;)
poniedziałek, 4 marca 2013
Bezchmurny dzień...
Jak cudownie dzisiaj było...Od samego rana czyste niebo i piękne słońce. Gdyby nie pusta noc spowodowana nie wiadomo czym, byłoby pewnie jeszczcze piękniej. Pierwszy kontakt z niepowtarzalnymi okolicznościami przyrody zafundowała mi Pierworodna.
Telefon zadzwonił. Numer mi nieznany. Pomyślałam sobie, może ktoś wreszcie zaproponuje mi wymarzoną pracę. Z lekką ekscytacją odebrałam telefon.
- Słucham?
- Mamuś! To ja! - no i po robocie. Ja pierdzielę. Wszędzie się wetną. Jak plaga jakaś.
- Co tam? - w tym czasie Młody Bacho demolował salon i rozsypał we wgłębienia fotela płatki śniadaniowe. Stałam w ciepłych promieniach słońca, patrzyłam na ten syf i słyszę w telefonie...
- Przynieś mi list na polski.
Co??? Kur... Znowu mam coś Jej przynieść do szkoły? Co będzie jak wrócę do pracy? Wiecznie czegoś zapomina, rozwala, brudzi. Nie trafiam do niej z niczym. Porażka. Straszę, ostrzegam, proszę, tłumaczę, zabieram kieszonkowe, szlaban na tv i mp3. Nic!
- Nie obiecuję! Może przyjdę. Jak się wyrobię!
- Mamo proszę - słyszę rozpacz i terror w głosie.
- Powiedziałam, że zobaczę. Nie obiecuję. Muszę ubrać Młodego i mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia - zgrywałam konsekwentną.
- A co robisz? - zapytała tonem niosącym ze sobą przesłanie, że cokolwiek bym nie robiła i tak jest nic niewarte. W takich momentach na usta ciśnie mi się GÓWNO ROBIĘ MOJE KOCHANE DZIECKO!!! Gryzę się w język. I tak to nie pomoże, a pewnie za kilka dni, podczas wymiany zdań w otoczeniu negatywnych emocji wykrzyczy, że źle się do niej odnoszę.
Kończąc rozmowę z nieusatysfakcjonowaną młodocianą sprawdziłam o której ma przerwę. Ubrałam brata młodocianej. Sprawdziłam dwa razy, czy w tym amoku spakowałam cholerny list na polski i ruszyłam w drogę.
Jak cudnie było na dworzu, aż polazłam na skróty i upieprzyłam obuwię i wózek w mega błocie. ... ! List dostarczony.
Po powrocie ze szkoły Pierworodna zapragnęła również wykorzystać sprzyjającą aurę. Wydziadowała od naiwnej Jednostki wyjście z koleżankami na rolki, kasę na kebsona i loda. Miała posprzątać. Olała. Po powrocie powiedziała, że ma dla mnie niezbyt dobrą wiadomość. Ja pier...co znowu!? Otóż z kartkówki z maty dostała ocenę o jeden gorszą niż ostatnio. Pierwsze co mnie dopadło to duma, że moje dziecko w tak zawoalowany sposób przekazuje złe informacje. Zachowałam to jednak dla siebie i wydobył się ze mnie skowyt " Trójęęę? Chyba jesteś śmieszna! Mówiłaś, że już nie potrzebujesz się uczyć do tej kartkówki! Koniec moja panno! Rób co chcesz. Patrz się tępo w plamę na ścianie. Nie ucz się. Mam to gdzieś. Ja tylko wyciągnę konsekwencje.Do pokoju!!!".
A pokój wygląda tak...
Telefon zadzwonił. Numer mi nieznany. Pomyślałam sobie, może ktoś wreszcie zaproponuje mi wymarzoną pracę. Z lekką ekscytacją odebrałam telefon.
- Słucham?
- Mamuś! To ja! - no i po robocie. Ja pierdzielę. Wszędzie się wetną. Jak plaga jakaś.
- Co tam? - w tym czasie Młody Bacho demolował salon i rozsypał we wgłębienia fotela płatki śniadaniowe. Stałam w ciepłych promieniach słońca, patrzyłam na ten syf i słyszę w telefonie...
- Przynieś mi list na polski.
Co??? Kur... Znowu mam coś Jej przynieść do szkoły? Co będzie jak wrócę do pracy? Wiecznie czegoś zapomina, rozwala, brudzi. Nie trafiam do niej z niczym. Porażka. Straszę, ostrzegam, proszę, tłumaczę, zabieram kieszonkowe, szlaban na tv i mp3. Nic!
- Nie obiecuję! Może przyjdę. Jak się wyrobię!
- Mamo proszę - słyszę rozpacz i terror w głosie.
- Powiedziałam, że zobaczę. Nie obiecuję. Muszę ubrać Młodego i mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia - zgrywałam konsekwentną.
- A co robisz? - zapytała tonem niosącym ze sobą przesłanie, że cokolwiek bym nie robiła i tak jest nic niewarte. W takich momentach na usta ciśnie mi się GÓWNO ROBIĘ MOJE KOCHANE DZIECKO!!! Gryzę się w język. I tak to nie pomoże, a pewnie za kilka dni, podczas wymiany zdań w otoczeniu negatywnych emocji wykrzyczy, że źle się do niej odnoszę.
Kończąc rozmowę z nieusatysfakcjonowaną młodocianą sprawdziłam o której ma przerwę. Ubrałam brata młodocianej. Sprawdziłam dwa razy, czy w tym amoku spakowałam cholerny list na polski i ruszyłam w drogę.
Jak cudnie było na dworzu, aż polazłam na skróty i upieprzyłam obuwię i wózek w mega błocie. ... ! List dostarczony.
Po powrocie ze szkoły Pierworodna zapragnęła również wykorzystać sprzyjającą aurę. Wydziadowała od naiwnej Jednostki wyjście z koleżankami na rolki, kasę na kebsona i loda. Miała posprzątać. Olała. Po powrocie powiedziała, że ma dla mnie niezbyt dobrą wiadomość. Ja pier...co znowu!? Otóż z kartkówki z maty dostała ocenę o jeden gorszą niż ostatnio. Pierwsze co mnie dopadło to duma, że moje dziecko w tak zawoalowany sposób przekazuje złe informacje. Zachowałam to jednak dla siebie i wydobył się ze mnie skowyt " Trójęęę? Chyba jesteś śmieszna! Mówiłaś, że już nie potrzebujesz się uczyć do tej kartkówki! Koniec moja panno! Rób co chcesz. Patrz się tępo w plamę na ścianie. Nie ucz się. Mam to gdzieś. Ja tylko wyciągnę konsekwencje.Do pokoju!!!".
A pokój wygląda tak...
2KC
W niedzielę dogorywałam. To cena, jaką Jednostka Matka płaci za udział w spotkaniach towarzyskich. Jako, że towarzystwo podejmowałam u siebie, chciałam przechytrzyć Młodego Bacho i przetrzymać go tak długo, jak tylko się da z nadzieją, że tem pośpi rano proporcjonalnie dłużej.
O 22 Konkuba udał się ułożyć syna jego jedynego do spania. Efekt był taki, że ojciec zszedł razem z dzieckiem.
Przybłędy siedziały dzielnie, mimo nieobecności Pana Z Domu. Były zadowolone. Na stół, poza trunkiem i napitkiem, wjechało sporo dobrej strawy. Sałaty w towarzystwie focacci, makaronowe muszle nafaszerowane mięsem heroicznie walczyły z farfalle z pesto i kaparami. Na koniec na talerzach zagościły racuchy z jabłkiem, wanilią i musem jogurtowo-malinowym. (Próbowałam ale nie wiem, jak można pisaś taką grafomańską kupę na tych kulinarnych blogaskach).
Żadnego przepisu nie podam, bo wszystko jest skryte w mojej duszy i niczym się nie inspirowałam. Wystarczy, że Przybłędy wymiotły ze swoich talerzyków wszystko. Mało nie wyjadły zdobień:))
Skoro świt Młody oznajmił wszem i wobec, że niecny plan naiwnej matki się nie powiódł. Wstał tak samo wcześnie jak wtedy, kiedy idzie spać o 20, zdecydowanie niewyspany i marudzący nad głową Jednostki, która głowę tę złożyła na łóżku o 4 rano, uprzednio spożywając biały, wysokoprocentowy trunek.
Miłosierny Konkubent pozwolił mi poleżeć, w dzikim hałasie dobiegającym zza ściany, jeszcze 2h. O Panie, Łaskawco!!!
Mimo klimatu pospożyciowego, nie odpuściłam. Kilka dni temu, do katorżniczeChodakowskiej dołączył plan treningowy do półmaratonu.
Konkubent uważa, że spacer z dzieckiem może mieć miejsce tylko w centrum, w parku, a i drogę z domu do samochodu też się da podciągnąć pod spacer...
Spakowałam Młodego do wózka i poleciałam na 8,5km. Niech mi ktoś powie, że nie można!!!:))) Największą satysfakcję odczuwałam, jako że klasyczną zołzą jestem, kiedy mijałam pary z dzieckiem w wózku i widziałam, że matka jest wzorowo zapuszczona. Żeby nie było, to faceci nie pozostawali w tyle.
Laski jak już wyjdą za mąż, urodzą bachory, to mają wywalone na wszystko, co związane jest z ich wyglądem!
Ps. Interfejs zmodyfikowany 4 Kocio:)))
O 22 Konkuba udał się ułożyć syna jego jedynego do spania. Efekt był taki, że ojciec zszedł razem z dzieckiem.
Przybłędy siedziały dzielnie, mimo nieobecności Pana Z Domu. Były zadowolone. Na stół, poza trunkiem i napitkiem, wjechało sporo dobrej strawy. Sałaty w towarzystwie focacci, makaronowe muszle nafaszerowane mięsem heroicznie walczyły z farfalle z pesto i kaparami. Na koniec na talerzach zagościły racuchy z jabłkiem, wanilią i musem jogurtowo-malinowym. (Próbowałam ale nie wiem, jak można pisaś taką grafomańską kupę na tych kulinarnych blogaskach).
Żadnego przepisu nie podam, bo wszystko jest skryte w mojej duszy i niczym się nie inspirowałam. Wystarczy, że Przybłędy wymiotły ze swoich talerzyków wszystko. Mało nie wyjadły zdobień:))
Skoro świt Młody oznajmił wszem i wobec, że niecny plan naiwnej matki się nie powiódł. Wstał tak samo wcześnie jak wtedy, kiedy idzie spać o 20, zdecydowanie niewyspany i marudzący nad głową Jednostki, która głowę tę złożyła na łóżku o 4 rano, uprzednio spożywając biały, wysokoprocentowy trunek.
Miłosierny Konkubent pozwolił mi poleżeć, w dzikim hałasie dobiegającym zza ściany, jeszcze 2h. O Panie, Łaskawco!!!
Mimo klimatu pospożyciowego, nie odpuściłam. Kilka dni temu, do katorżniczeChodakowskiej dołączył plan treningowy do półmaratonu.
Konkubent uważa, że spacer z dzieckiem może mieć miejsce tylko w centrum, w parku, a i drogę z domu do samochodu też się da podciągnąć pod spacer...
Spakowałam Młodego do wózka i poleciałam na 8,5km. Niech mi ktoś powie, że nie można!!!:))) Największą satysfakcję odczuwałam, jako że klasyczną zołzą jestem, kiedy mijałam pary z dzieckiem w wózku i widziałam, że matka jest wzorowo zapuszczona. Żeby nie było, to faceci nie pozostawali w tyle.
Laski jak już wyjdą za mąż, urodzą bachory, to mają wywalone na wszystko, co związane jest z ich wyglądem!
Ps. Interfejs zmodyfikowany 4 Kocio:)))
czwartek, 28 lutego 2013
Po prostu po ludzku
Muszę wyrazić swoje oburzenie. W skrzynce na listy znalazłam ulotkę wzywającą do protestu przeciwko legalizacji związków partnerskich. Inicjatorem tej zacnej akcji jest Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi. Sugerują, żeby człowiek wszystko rzucił, zapieprzał na pocztę po znaczek i słał protest do Donalda, zanim ten ze świętej, polskiej ziemi zrobi Sodomię i Gomorię.
Na jakiej podstawie taka zbieranina katotalibów zaśmieca moją skrzynkę. Dlaczego nie zajmą się, ci chrześcijanie wielkiego serca, uduchowieni do granic możliwości, niosący słowa Jezusa, bądź co bądź króla Polski, wydatkowaniem pieniędzy na potrzebujących. Tylko tych naprawdę, a nie na księży potrzebujących nowej chatynki albo autka, czy call girls, aborcje lub zatajanie pedofilskich wybryków. Stowarzyszenie to z kulturą nie ma nic wspólnego. Specjalnie za patrona wzięli sobie Piotra Skargę, bo dobrze nazwisko komponuje się z celem statutowym organizacji. Teraz w imię Piotra i oczywiście Jezusa, organizują zapewne protesty, demonstracje,bojówki, wystosowują skargi, plują nieczystym w twarz. To oni wiedzą najlepiej, co można, a czego nie. Ciekawe, czy mają targety? "Drodzy W w marcu musimy zrealizować następujący plan: 3 demonstracje w obronie życia poczętego, spalenie tęczy na Placu Zbawiciela, zaszczucie kilku homo i demonstrację pod domem Kazi Szczuki".
Muszę teraz zacząć czychać na tych ulotkowych roznosicieli. Jak dopadnę, to zaciągnę do domu, gdzie jałowy związek partnerski kwitnie od lat, kiedy moje osobiste Bachory będą nadzwyczaj aktywne, bajzel powstawać będzie z prędkością większą niż prędkość światła. Młody nakituje w pieluchę. Starsza będzie miała fochy, Konkubent dostanie gorączki i stanie się śmiertelnie chory. Do tego zadzwoni moja Rodzicielka. Przyjdzie pan naprawić zmywarkę. Na koniec wezmę delikwenta/-tkę i zaprowadzę na naszą jedyną, osiedlową pocztę wielkości komórki lokatorskiej, która musi obsługiwać ponad 100-tysięczne osiedle, a panie urzędniczki zawsze mają ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż obsługiwanie petentów.Postawię w kolejce, żeby sobie kupił jebany znaczek i wysłał swoją ulotkę do Donalda. Chociaż tak będę mogła doświadczyć tę osobę. Gdybym była prawdziwym chrześcijaninem, to podpaliłabym stos, wezwała księdza egzorcystę, zakuła w kajdany, rzuciła do lochu i zwyzywała. No ale ja jestem tylko jałowa...
Na jakiej podstawie taka zbieranina katotalibów zaśmieca moją skrzynkę. Dlaczego nie zajmą się, ci chrześcijanie wielkiego serca, uduchowieni do granic możliwości, niosący słowa Jezusa, bądź co bądź króla Polski, wydatkowaniem pieniędzy na potrzebujących. Tylko tych naprawdę, a nie na księży potrzebujących nowej chatynki albo autka, czy call girls, aborcje lub zatajanie pedofilskich wybryków. Stowarzyszenie to z kulturą nie ma nic wspólnego. Specjalnie za patrona wzięli sobie Piotra Skargę, bo dobrze nazwisko komponuje się z celem statutowym organizacji. Teraz w imię Piotra i oczywiście Jezusa, organizują zapewne protesty, demonstracje,bojówki, wystosowują skargi, plują nieczystym w twarz. To oni wiedzą najlepiej, co można, a czego nie. Ciekawe, czy mają targety? "Drodzy W w marcu musimy zrealizować następujący plan: 3 demonstracje w obronie życia poczętego, spalenie tęczy na Placu Zbawiciela, zaszczucie kilku homo i demonstrację pod domem Kazi Szczuki".
Muszę teraz zacząć czychać na tych ulotkowych roznosicieli. Jak dopadnę, to zaciągnę do domu, gdzie jałowy związek partnerski kwitnie od lat, kiedy moje osobiste Bachory będą nadzwyczaj aktywne, bajzel powstawać będzie z prędkością większą niż prędkość światła. Młody nakituje w pieluchę. Starsza będzie miała fochy, Konkubent dostanie gorączki i stanie się śmiertelnie chory. Do tego zadzwoni moja Rodzicielka. Przyjdzie pan naprawić zmywarkę. Na koniec wezmę delikwenta/-tkę i zaprowadzę na naszą jedyną, osiedlową pocztę wielkości komórki lokatorskiej, która musi obsługiwać ponad 100-tysięczne osiedle, a panie urzędniczki zawsze mają ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż obsługiwanie petentów.Postawię w kolejce, żeby sobie kupił jebany znaczek i wysłał swoją ulotkę do Donalda. Chociaż tak będę mogła doświadczyć tę osobę. Gdybym była prawdziwym chrześcijaninem, to podpaliłabym stos, wezwała księdza egzorcystę, zakuła w kajdany, rzuciła do lochu i zwyzywała. No ale ja jestem tylko jałowa...
poniedziałek, 4 lutego 2013
Qlturalna sobota
Łikendy są zmorą dla Jednostki Matki. Skazani jesteśmy na siebie przez 24h. W tygodniu jest jakoś łatwiej. Szybko, na pół etatu.W piątek zasypiając na kanapie swojej lub cudzej, trzeźwym lub nie, odganiasz od siebie myśl o sobotnim poranku, kiedy to w środku nocy - bo bachorzaste bestie żyją w innej strefie czasowej i dla nich to już jest pewnie 12 a.m. - słyszysz, że smok wypada z łóżeczka, które w tym samym czasie zaczyna ruszać się, jak gdyby stało na właśnie przemieszczających się płytach tektonicznych. Leci na moją twarz ukochany pies Młodego. Mimo tego, że tkwię nieruchomo pod kołdrą i udaję, że nie żyję, Potomek nie daje za wygraną. Z uśmiechem i dobrym słowem na ustach "Ja pierdolę! No to se kurwa pospałam i tak do zajebania!", zwlekam się z kołtunem na łbie. Człapię do łazienki i tam w lustrze widzę obcą mi osobę. Tylko ciuchy mamy podobne. Udaję, że to tylko majaki wynikające z niewyspania. Pośpieszna toaleta i akcja w kuchni, dopiero co sprzątniętej. Milion pytań, czy dziecko zje jajeczko,a może mleczko, parówkę, bułeczkę, wracamy do jajeczka i tak w koło. W pewnym momencie Bachorek rzuca "Buła". Ufff!!! Coś wreszcie zje, a po chwili uświadamiam sobie, że właśniej chuj strzelił porządek w chatynce.
W tak zwanym międzyczasie pojawia się Pierworodna. Ona ma też wronie gniazdo na głowie ale pewnie jeszcze się rozpoznaje w lustrze. Z nią jest walka, żeby się umyła, ubrała i zaplanowała menu na śniadanie. Na wszystkich trzech płaszcyznach nie potrafimy osiągnąć konsensusu. W negocjacje wkracza Konkubent. Coż mogę rzec... Są pewne dziedziny,w które nie powinniśmy się angażować, kiedy nie posiadamy należytych umiejętności. Negocjacje kończą się krzykiem i płaczem Pierworodnej.
Pada żelazne pytanie "Co dzisiaj robimy?" Jak to co?! Kino, teatr, spotkanie ze znajomymi, masaż, basen, siłka, drzemka, melanż wieczorny. To co zawsze robi rodzina z dwójką dzieci. Głupie pytanie!
Postawiliśmy na ukulturalnienie udając się do Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie. Czas szybciej zleci. Dzieci sztuki lizną.
Starsza, na wiadomość o tym cudownym przedsięwzięciu, nadęła się i zakomunikowała, że ona w żadnym wypadku nigdzie nie idzie. Zrozumiałam, że kocha sztukę poprzez wyparcie. Dodała, po krótkiej, ale dosadnej wymianie zdań, że pójdzie (bo obiecałam gorącą czekoladę) ale bierze ze sobą na znak protestu mp3.
Młody był szczęśliwy, że idzie do pani z jabłkiem (Kobieta z jabłkiem, Mika Mikun, 1926 r.). Taki mały,a już wrażliwy na sztukę.
Wdarliśmy się do prawie pustego muzeum. Oddaliśmy kurtki do socjalistycznej szatni i sru do windy. Biegnie za nami pani z obsługi (bez jabłka) i pyta się, czy my będziemy zwiedzać. Zrobiłam wielkie oczy i potwierdziłam, że właśnie w tym celu przyszliśmy do tego przybytku. Pani zaprosiła nas do kasy. "Do kasy?" - zapytałam z jeszcze większymi gałami. "A to nie jest za darmo? Ostatnio było. Nie tak dawno. W zeszłym tygodniu!" - byłam gotowa na walkę. "Owszem proszę pani. Za darmo jest we wtorki"- pani średnio uprzejmie udzieliła mi informacji. Super! Teraz będę musiała zabulić za Pierworodną, która za chwilę pęknie i zostaną po niej tylko słuchawki i mp3.
Ekspozycje oglądał Konkubent. Ja walczyłam z Młodym, uśmiechami pań, których rozczulał maluszek w muzeum i z zacietrzewionymi minami bab, które uważały, że ten mały szkodnik rozpieprzy wystawę w drobny mak. Na ramieniu wisiała śmiertelnie znudzoną, nienawidzącą brata i tych idiotycznych obrazów Starsza.
Przecież już to widziałam, to się poświęcę jako Jednostka Matka z krwi i kości. Raz wystarczy. tym bardziej, że poprzednim razem byłam z Młodym, a więc mogłam spokojnie wszystko oblukać...!
Na zakończenie gimnastyki między obrazem, rzeźbą, grafiką i rysunkiem z lat 20 i 30,dziełami filmowymi polskiej awangardy, fotografiami, fotomontażami, performancem z ostatniego czterdziestolecia, wpadliśmy do księgarni. Zachwyciliśmy się przez ułamek sekundy pięknymi albumami, fanastycznymi książkami dla dzieci tych mniejszych i tych trochę większych, m.in. zajebistego wydawnictwa Hipopotam Studio, po czym płynnie przeszliśmy do tłumaczenia Starszej, żeby nie była tłumokiem i ignorantką, a Młodemu, że nie kupimy mu kolejnej zabawki. Obydwoje mieli to najgłębiej, jak można mieć. Jedno pluło toksyczną mazią nienawiści na wszystkie pozycje książkowe, a drugie rozerwało opakowanie z Reksiem w kapeluszu góralskim. Rachunek zwiększył się o kolejne 20pln i kolejny foch Pierworodnej, że jej nic nie kupujemy.
Już niebawem poradnik "Jak twórczo spędzać czas z tym, co się samemu spłodziło i wydało na świat". Tymczasem fotograficzne podsumowanie tej soboty.
W tak zwanym międzyczasie pojawia się Pierworodna. Ona ma też wronie gniazdo na głowie ale pewnie jeszcze się rozpoznaje w lustrze. Z nią jest walka, żeby się umyła, ubrała i zaplanowała menu na śniadanie. Na wszystkich trzech płaszcyznach nie potrafimy osiągnąć konsensusu. W negocjacje wkracza Konkubent. Coż mogę rzec... Są pewne dziedziny,w które nie powinniśmy się angażować, kiedy nie posiadamy należytych umiejętności. Negocjacje kończą się krzykiem i płaczem Pierworodnej.
Pada żelazne pytanie "Co dzisiaj robimy?" Jak to co?! Kino, teatr, spotkanie ze znajomymi, masaż, basen, siłka, drzemka, melanż wieczorny. To co zawsze robi rodzina z dwójką dzieci. Głupie pytanie!
Postawiliśmy na ukulturalnienie udając się do Galerii Sztuki XX i XXI Wieku w Muzeum Narodowym w Warszawie. Czas szybciej zleci. Dzieci sztuki lizną.
Starsza, na wiadomość o tym cudownym przedsięwzięciu, nadęła się i zakomunikowała, że ona w żadnym wypadku nigdzie nie idzie. Zrozumiałam, że kocha sztukę poprzez wyparcie. Dodała, po krótkiej, ale dosadnej wymianie zdań, że pójdzie (bo obiecałam gorącą czekoladę) ale bierze ze sobą na znak protestu mp3.
Młody był szczęśliwy, że idzie do pani z jabłkiem (Kobieta z jabłkiem, Mika Mikun, 1926 r.). Taki mały,a już wrażliwy na sztukę.
Wdarliśmy się do prawie pustego muzeum. Oddaliśmy kurtki do socjalistycznej szatni i sru do windy. Biegnie za nami pani z obsługi (bez jabłka) i pyta się, czy my będziemy zwiedzać. Zrobiłam wielkie oczy i potwierdziłam, że właśnie w tym celu przyszliśmy do tego przybytku. Pani zaprosiła nas do kasy. "Do kasy?" - zapytałam z jeszcze większymi gałami. "A to nie jest za darmo? Ostatnio było. Nie tak dawno. W zeszłym tygodniu!" - byłam gotowa na walkę. "Owszem proszę pani. Za darmo jest we wtorki"- pani średnio uprzejmie udzieliła mi informacji. Super! Teraz będę musiała zabulić za Pierworodną, która za chwilę pęknie i zostaną po niej tylko słuchawki i mp3.
Ekspozycje oglądał Konkubent. Ja walczyłam z Młodym, uśmiechami pań, których rozczulał maluszek w muzeum i z zacietrzewionymi minami bab, które uważały, że ten mały szkodnik rozpieprzy wystawę w drobny mak. Na ramieniu wisiała śmiertelnie znudzoną, nienawidzącą brata i tych idiotycznych obrazów Starsza.
Przecież już to widziałam, to się poświęcę jako Jednostka Matka z krwi i kości. Raz wystarczy. tym bardziej, że poprzednim razem byłam z Młodym, a więc mogłam spokojnie wszystko oblukać...!
Na zakończenie gimnastyki między obrazem, rzeźbą, grafiką i rysunkiem z lat 20 i 30,dziełami filmowymi polskiej awangardy, fotografiami, fotomontażami, performancem z ostatniego czterdziestolecia, wpadliśmy do księgarni. Zachwyciliśmy się przez ułamek sekundy pięknymi albumami, fanastycznymi książkami dla dzieci tych mniejszych i tych trochę większych, m.in. zajebistego wydawnictwa Hipopotam Studio, po czym płynnie przeszliśmy do tłumaczenia Starszej, żeby nie była tłumokiem i ignorantką, a Młodemu, że nie kupimy mu kolejnej zabawki. Obydwoje mieli to najgłębiej, jak można mieć. Jedno pluło toksyczną mazią nienawiści na wszystkie pozycje książkowe, a drugie rozerwało opakowanie z Reksiem w kapeluszu góralskim. Rachunek zwiększył się o kolejne 20pln i kolejny foch Pierworodnej, że jej nic nie kupujemy.
Już niebawem poradnik "Jak twórczo spędzać czas z tym, co się samemu spłodziło i wydało na świat". Tymczasem fotograficzne podsumowanie tej soboty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



